WAŻNE INFO:

Obiecuję, jak najszybciej odpowiedzieć na wasze wszystkie komentarze i skomentować blogi, które czytam :D.

KOMENTUJCIE, bo to bardzo motywuje XD.

niedziela, 1 stycznia 2017

Black Heart - Rozdział 9

Ciel Phantomhive



Słyszałem cichy stukot moich obcasów. Szedłem główną ulicą, zlokalizowaną w samym centrum Londynu. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie towarzyszył mi mój wierny sługa. 
Wierny sługa, też coś. - pomyślałem. Raczej diabelskie nasienie.
Do dnia dzisiejszego zawsze szedł pół kroku za mną. Był niczym cień, który w jednej chwili zmieniał się w zabójcę, jeśli tylko takie było moje życzenie. Po raz kolejny pomyślałem, że ludzkie życie bywa pełne niespodzianek. Większość z nas sądziło, że piekło jest tylko wymysłem księży. Nikt nawet nie podejrzewał, że na ziemi krążyły piekielne istoty, które ujmowały innych niesamowitą powierzchownością. W rzeczywistości były żądnymi krwi i ludzkich dusz stworzeniami, których wyrzekł się niegdyś Bóg.

Powiodłem wzrokiem po dachach budynków, które mijałem z każdym krokiem. Na jednym z nich znajdował się on i czekał na odpowiednią chwilę. W tym momencie wszystko zależało właśnie od niego. Mój plan zakładał wykorzystanie jego piekielnej precyzji. Nie do końca darzyłem go zaufaniem, ale wiedziałem, że nikt inny nie podoła temu zadaniu. Przed opuszczeniem rezydencji zadbał o wszystko, co będzie niezbędne po naszym powrocie. Z każdym kolejnym krokiem czułem coraz większy niepokój. Zaufanie demonowi, którego jedynym pragnieniem było pożarcie mojej duszy, stanowiło chyba największą niedorzeczność, jaka istniała na tym świecie. Wiedziałem jednak, że stanie on na wysokości postawionego mu zadania, bo w przeciwnym razie utraci to, czego tak bardzo pożądał.

Po raz kolejny analizowałem naszą niedawną rozmowę. Dowiedziałem się z niej, że istniał sposób, żeby śmiertelnik mógł zabić demona. Zatem był cień szansy na to, żebym mógł ocalić swoją duszę. Wiedziałem jednak, że nie będzie mi łatwo wydobyć z niego całą prawdę. Jego złośliwe odpowiedzi nieraz mnie tak irytowały, że zwyczajnie odpuszczałem i nie zadawałem mu kolejnych pytań. Jednakże informacje, jakie z niechęcią podał  mi dzisiejszego dnia,  były nad wyraz interesujące. Domyślałem się, że owa broń nie jest zwyczajnym mieczem czy też sztyletem. A nawet jeśli, to zapewne niezbędna była znajomość magicznych formuł, żeby można było jej użyć. Być może bronią były tylko stosowne zaklęcia. Jednocześnie po raz kolejny utwierdziłem się w swoich przekonaniach, że on nie był zwyczajnym diabelskim pomiotem. Wiedzę o tak potężnym orężu zapewne posiadały tylko nieliczne i wysoko postawione w piekielnej hierarchii demony. Ciekawiło mnie niezmiernie, kim on tak naprawdę był. Przypomniałem sobie również, jak podczas jednej z wizyt Claude zwrócił się do niego "panie". Spojrzał wtedy na mnie przenikliwym wzrokiem, a ja udałem, że niczego nie zauważyłem. Wszystko to było bardzo dziwne i szalenie intrygujące. Zastanawiałem się, w jaki sposób mógłbym wykorzystać zdobyte informacje.

Zbliżałem się do wyznaczonego punktu, w którym znajdowało się największe skupisko ludzi. Nagle poczułem ostre szarpnięcie i ból, który rozlał się po całej mojej klatce piersiowej. Pod wpływem niespodziewanego uderzenia, moje ciało niekontrolowane w żaden sposób przeze mnie, padło do tyłu na bruk. Usłyszałem podniesione głosy i krzyki tłumu, który zaczął się wokół mnie gromadzić. Wyszeptałem imię tego, który był moim błogosławieństwem, jak i przekleństwem.
- Sebastian...
Ujrzałem nad sobą pochylający się cień, w którym błyszczały krwistoczerwone oczy.
- Jestem... - cichy szept dobiegł moich uszu.

Pomyślałem, że właśnie zaczęło się nasze dalsze przedstawienie. Zamknąłem oczy i czekałem na kolejne zaplanowane ruchy Sebastiana. Kazał zgromadzonym gapiom odsunąć się. Rozerwał mi ubranie i starał się zatamować płynącą z rany krew. Tylko siłą woli powstrzymałem się przed krzykiem, gdy mocno przycisnął kawałek materiału do rany. Udawał bardzo przejętego i zdenerwowanego sługę. W pewnym momencie sprawdził teatralnym gestem mój puls i głośno powiedział:
- Mój Pan nie żyje.

Świetnie wczuł się w swoją rolę. Pomyślałem, że był idealnym kłamcą. Mnie nie mógł okłamać, bo jedną z zasad naszego kontraktu, był obowiązek mówienia mi prawdy. Jednakże nie było mowy o tym, że zasada ta obwiązuje również wobec innych ludzi. Wziął mnie na ręce i ruszył w kierunku powozu. Słyszałem szepty, że tak się nie godzi, że w pobliżu jest zakład pogrzebowy, ale Sebastian nie reagował na to. Jak się spodziewałem, tłum podążył za nim. Sebastian otworzył drzwi powozu i delikatnie ułożył mnie na siedzeniu. Woźnicy nakazał, jak najszybszy powrót do rezydencji. Następnie wsiadł do powozu, który od razu ruszył w kierunku mojego domu. Gdy otworzyłem oczy, napotkałem jego poważne i roziskrzone spojrzenie. Rozsunął moje ubranie i w skupieniu oglądał ranę. 
- Nie mamy zbyt wiele czasu.
Zauważyłem, że miał wysunięte ostre zęby.
- Czyżby moja krew, aż tak na ciebie działała?
- Nawet w takiej chwili nie potrafisz pobyć się wrodzonej złośliwości? 
- Bo to jest dość zabawne. Twoja ofiara właśnie wykrwawia się na śmierć i jeśli niczego nie zrobisz, moja dusza będzie poza twoim zasięgiem.
- Zaiste, jednak skąd pomysł, że na to pozwolę.

Wziął mnie delikatnie na ręce, otworzył drzwi i wyskoczył z pędzącego powozu. Gnał z niesamowitą prędkością przed siebie, a ja zrozumiałem, czemu nie mogłem dostrzec go, gdy poruszał się z diabelską prędkością. Obrazy przesuwały się przed moimi oczami, wręcz dosłownie migały, po chwili znikały daleko za mną. Spojrzałem na jego twarz i dostrzegłem, że jest bardzo poważny. 

Gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały, mocniej mnie przycisnął do siebie i szepnął.
- Trzymaj się...
Zobaczyłem, że nad jego ramionami znikąd pojawiły się przepiękne czarne połyskujące skrzydła. Rozpostarł je i wzbił się w powietrze. Pomyślałem, że musiało być bardzo źle, ponieważ nigdy nie widziałem go, żeby kiedykolwiek ich używał. Nieraz podróżowałem z nim, korzystając z jego niesamowitej prędkości, ale nigdy nie robiliśmy tego w ten sposób. Zauważyłem też, że pomimo tego. że mocno mnie trzymał, to starał się sprawić mi jak najmniej mi bólu.
- Już niedaleko... - szepnął.

Nie wiem ile czasu minęło, ale w końcu wylądował bezszelestnie na tyłach posiadłości. W momencie zetknięcia z ziemią, po jego skrzydłach nie było już śladu. Podobnie oczy przestały świecić krwawym blaskiem. Wszedł do rezydencji, wydał polecenia przerażonej służbie i ruszył w kierunku mojej sypialni.
- Bezpieczeństwo rezydencji dzisiejszej nocy jest w waszych rękach. - rzucił przez ramię.

Wszedł do mojej sypialni i ułożył mnie delikatnie na łóżku. Czułem, że z każdą upływającą minutą, siły mnie opuszczały. Nie odzywałem się, bylem w stanie patrzeć tylko na kolejne ruchy demona. Zaledwie jednym spojrzeniem zapalił świece stojące na szafce na szafce przy łóżku. Pomyślałem, że zawsze podziwiałem w nim te jego piekielne umiejętności. Na szafce dostrzegłem medyczne narzędzia, które pozostawił tam, zanim opuściliśmy posiadłość. 

Poczułem strach...

2 komentarze:

  1. Mówiłąm ci już, że przeczytałam to dawno, ale nie skomentowałam, wybacz :)
    Mówiłaś też, że moje myśli podążały w dobrym kierunku, ale widzę ,że tu dzieje się jeszcze więcej :)
    ciekawe, czemu to zrobił :d

    KOCHAM SKRZYDLATEGO SEBUSIA <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W dobrym kierunku, bo chodziło mi o to, że ofiarą był Ciel :3

      Z jednej strony był to trochę sprawdzian Sebastiana, ale z drugiej strony też Ciel miał inny powód. Poza tym Ciel doskonale wiedział, że Sebastian zrobi wszystko, żeby go uratować. W przeciwnym wypadku kontrakt zostanie zerwany i dusza Ciela będzie wolna.

      Też kocham skrzydlatego Sebusia. Szkoda, że jest mało jego artów ze skrzydłami.

      Usuń